Curry House – indyjska perła na warszawskich Bielanach

curryhouse

Wspomnienie bogactwa, intensywności i różnorodności aromatów stanowi stały element niemal każdej opowieści o wyprawach do Indii. Nie ma się zresztą czemu dziwić – poznawanie nowych kultur poprzez doznania smakowe sprawdza się zawsze. A w mieszaninie zapachów curry, świeżo startego imbiru i liści kolendry możecie zanurzyć się nawet jeżeli nie planujecie zwiedzania Delhi w najbliższych tygodniach.

Przysłowie „nie oceniaj książki po okładce” idealnie obrazuje wrażenia towarzyszące pierwszej wizycie w Curry House. No bo cóż niezwykłego może być w klaustrofobicznej budce, do której ktoś niezgrabnie doczepił ogrodowy namiot? Odpowiedź poznacie wraz z przekroczeniem progu tej warszawskiej restauracji. Najpierw zaatakowany zostanie zmysł węchu. Wspomniana wcześniej intensywność zapachów dobitnie uświadomi Wam jedno: trafiliście pod właściwy adres.

curryhouse1

Dalej jest już tylko lepiej. Po wejściu szerokim uśmiechem powita Was właściciel, kelner wskaże wolne miejsce (w restauracji pracują wyłącznie Hindusi – każdy życzliwy i służący radą) przy masywnym, drewnianym stole, poda kartę i… dopiero wtedy zaczną dziać się cuda.

Ślepy strzał: zupa ze świeżych pomidorów. Miska gorącego wywaru ląduje przed nosem. Jest to właściwy czas, aby na chwilę zamknąć oczy i skupić się wyłącznie na powonieniu. Za chwilę do gry wejdą kubki smakowe, wówczas nie będzie litości – pozostałe zmysły spadną na dalszy plan. Idealna konsystencja, wspaniale połączone składniki, wyczuwalne wszystkie razem i każdy z osobna. Poezja.

Problem z Curry House polega na tym, że ciężko jest wybrać z karty jedno czy dwa najlepsze dania. Choć mieliśmy już okazję próbować wielu z nich (niektórych nawet dwukrotnie), to nadal nie mam swojego faworyta. Potrawy gotowane w piecu tandoor, kawałki kurczaka w sosie śmietankowo-orzechowym (Chicken Korma) albo cebulowo-pomidorowym (Chicken Tikka Masala) okazały się wyśmienite. Zresztą podobnie jak pozycje oznaczone w menu symbolami papryczek. Lubię pikantną kuchnię. Cayenne i jalapeño generalnie nie stanowią dla mnie wyzwania (w rozsądnych ilościach, rzecz jasna), dlatego też w trakcie pierwszej wizyty w oczy momentalnie rzuciło mi się Mutton Lal Massala, czyli jagnięcina gotowana w czerwonym sosie curry. Kelner zwrócił co prawda uwagę, iż jest to danie dość ostre, co tylko spotęgowało mój apetyt. Po pierwszym kęsie poczułem krople potu wolno spływające z czoła…

Curry House - przykładowa strona z menuZatem i miłośnicy wysokich wartości w skali Scoville’a znajdą w Curry House coś dla siebie (zresztą na Wasze życzenie każda potrawa może zostać odpowiednio doprawiona). Do dania głównego (serwowanego bez żadnych dodatków) świetnie pasują placki z pieca (do mnie najbardziej przemawiają te z liśćmi kozieradki – Methi Roti) oraz absolutnie fantastyczny, konsystencją zbliżony do shake’a, napój Mango Lassi.

Paradoksalnie zupełnie nijaki wygląd restauracji zdaje się być jej atutem – nic nie rozprasza i nie odciąga naszej uwagi od meritum, czyli fantastycznego jedzenia. Wprawdzie nie gościłem (jeszcze) we wszystkich warszawskich lokalach serwujących kuchnię indyjską, ale z całą stanowczością mogę powiedzieć, że spośród tych dotychczas sprawdzonych to właśnie Curry House najpełniej pozwoliło poczuć mi klimat rodem z filmu Mały Budda. I nawet tego drewnianego Keanu Reevesa przecierpię.

kuchnia miejsca orient restauracja Slider warszawa

Wasze komentarze

Niezależnie, czy komentujesz jako Gość, czy też korzystając z jednego z dostępnych trybów logowania - Twój adres e-mail nie zostanie upubliczniony bez Twojej zgody.